Kiedyś młoda dziennikarka z polonijnego radia zadała mi pytanie, czy mam czyste sumienie, czy w życiu jako detektyw nie popełniłem błędu?
– Czy ma pan, nazwijmy to, kaca moralnego, że skłamał pan, przemilczał coś?
Pytanie było dla mnie bardzo niezręczne. Po chwili dłuższego zastanowienia odpowiedziałem:
– Widzi pani, prywatny detektyw może wszystko, a właściwie nic nie może. To jak chodzenie po linie. Można bardzo łatwo spaść.
– A jednak tak – podsumowała dziennikarka.
– No tak.
Dziewczyna nie dawała za wygraną i wręcz błagała, żeby opowiedzieć skrywaną historię.
Opowiedziałem. Była wzruszona. Obiecałem jej, że kiedyś o tym napiszę, i dzisiaj jest ta chwila.
Stałem na światłach na skrzyżowaniu Irving Park z ulicą Cumberland. Moją uwagę zwróciła kobieta z malutkim dzieckiem na plecach, która próbowała sprzedawać zimną wodę. Pomyślałem, jaka to wyrodna matka, że na taki upał chodzi między samochodami, gdzie spaliny, gorąco, niebezpiecznie, wszyscy kierowcy na telefonach. Wtedy zadzwonił mój telefon:
– Czy dodzwoniłem się do detektywa Marka Pieprzyka?
– Tak. Słucham.
– Łap pan złodziejkę!
– Proszę pana, proszę tak nie krzyczeć, tylko mówić spokojnie, a przede wszystkim się przedstawić.
– Okay. Mam na imię Jacek i jestem właścicielem serwisu domkowego. Rozumie pan? Wożę baby na domki.
– Kogo? – zapytałem. – Może kobiety?
– No tak. Jedna ukradła na domku biżuterię i dała nogę. Panie Marku, żadna mnie tak z bata nie pociągnęła jak ta Kaśka. Brałem za domek 500 dolarów. Kaśce dawałem 200. Owszem, duża chałupa. Musiała się tam uwijać. Zawsze zabierałem ją ostatnią do samochodu. Ona mi taki numer wycięła.
– Czego pan ode mnie oczekuje? – zapytałem.
– Trzeba odnaleźć Kaśkę i aresztować. Zamknąć, a potem zdzirę deportować!!!– Czy był pan na policji?
– Oczywiście. 16 Dystrykt Jefferson Park.
– I co?
– Nic! Zrobiłem raport i czekam. Detektyw jakiś ma się ze mną skontaktować. Na co oni, panie Marku, czekają? Kaśka zdąży spieprzyć. Ale mi numer wykręciła!
– Czy może pan dać mi numer telefonu do tych państwa, gdzie zginęło to złoto?
Nazajutrz zadzwoniłem. Przedstawiłem się i poprosiłem o spotkanie. Państwo Johnson podali mi adres, a mój klient dał spory zadatek. Umówiłem się z ofiarami przestępstwa w poniedziałek, bo był weekend i miałem bilety na coroczny rejs statkiem po Michigan, który urządza organizacja Daru Serca.
Byłem umówiony na 10 rano. Wyjechałem wcześniej, żeby się nie spóźnić. Kiedy zajechałem na kawę do Starbucksa, zadzwonił do mnie pan, przedstawiając się jako detektyw z miasta Chicago. Powiedział, że wie, iż zostałem wynajęty przez Jacka. Obiecałem, że jak namierzę złodziejkę, to niezwłocznie do niego zadzwonię i podam gdzie się znajduje. Zajechałem do państwa Johnson, którzy mieszkają w Northbrook, miejscowości na północy Chicago.
Państwo Johnson miło mnie przywitali.
– Wody, a może kawy? Co pana do nas sprowadza?
– Chciałem państwu zadać parę pytań.
– Proszę pytać!
– Czy zginęły przedtem jakieś pieniądze, złoto?
– Nie
– A nie zauważyli państwo, że sprzątaczka Kasia otwiera szuflady czy coś podobnego?
– Nie.
– A w ten feralny dzień, jak się zachowywała?
– Normalnie.
– A czy jest możliwość, że ktoś inny mógł ukraść złoto?
– Co pan sugeruje? – oburzył się pan Johnson.
– Nic. Tylko pytam – odpowiedziałem. Wtedy wtrąciła się pani Johnson:
– Proszę pana, zgłosiliśmy to na policję, do firmy ubezpieczeniowej, czekamy na czek. Znając Kasię, domyślamy się,że już na pewno jest w Polsce.
– A czy mogę zobaczyć ten raport?
– A po co? A zresztą, tu leży.
Zerknąłem i zrobiłem zdjęcie. Zauważyłem, iż państwo Johnson stali się dla mnie bardzo nieprzyjemni, ale tłumaczyłem to sobie tym, że jestem Polakiem, a złodziejka to też Polka. Dalej jednak coś mi nie grało.
Spojrzałem na raport klienta. Było napisane „Katarzyna Plewa”, a na raporcie Johnsonów „Katarzyna Plefa”. Zadzwoniłem do Jacka:
– Panie Jacku, jak właściwie nazywa się ta Kasia?
– Jaka, kuźwa, Kasia! To jest złodziejka!
– A na pewno nazywa się Plewa?
– Jaki pan jest upierdliwy, panie detektywie! Jak mówię, że Plewa, to Plewa! Przynajmniej tak miała w paszporcie.
– A czy podał pan Johnsonom prawidłowe nazwisko?
– No tak! A jak? Plewa zatekstowałem. Niech sprawdzę, bo już zgłupiałem przez pana. Moment, już patrzę! No, oczywiście, że Plewa. Ma pan coś? Bo czas ucieka i da dyla do Polski.
Wróciłem do Johnsonów. Pan Johnson powitał mnie:
– O, polski komisarz Colombo! Dużo razy będzie pan tak wracał?
– Nie, ale mam jeszcze pytanie.
– Niech pan pyta, detektywie Pieprzyk!
– Panie Johnson – zwróciłem się do gospodarza domu – zauważyłem błąd. W pana policyjnym raporcie wpisane jest nazwisko Plefa, a powinno być Plewa.
– Tak nam podał Jacek – wtrąciła się pani Johnson.
– Według mojej wiedzy Jacek przesłał pani SMS-em nazwisko Plewa, a państwo podaliście Plefa.
Wtedy byłem przekonany, że Johnsonowie sami ukartowali tę kradzież, żeby wyłudzić pieniądze od firmy ubezpieczeniowej kosztem polskiej sprzątaczki. Mało takich spraw było! Zadzwonił do mnie detektyw z policji:
– Masz coś?
– Nie, a ty, Bob?
– Nic. Obserwujemy jej wejście od tyłu. Będę coś miał, dam ci znać.
Przypomniałem sobie o zmienionym nazwisku, ale Bob już nie odbierał, a ja nie chcialem tekstować, bo prowadziłem auto.
W ten sam dzień, a właściwie o 10.30 wieczorem, zadzwonił telefon od Johnsonów. Pomyślałem, że może się pomylili, lecz telefon dalej dzwonił. Odebrałem. Z drugiej strony usłyszałem głos zdenerwowanego Johnsona:
– Detektywie, czy możemy się spotkać?
– Okay, ale chyba nie dzisiaj?
– Może być nawet i dzisiaj!
– Dobrze! Już się ubieram.
Highway był pusty. Żadnych korków na 294. Zjechałem na Willow i dosłownie w 7 minut byłem pod rezydencją Johnsonów.
– Napije się pan whiskey?
– Nie, bo mam pistolet – odpowiedziałem.
– To niech go pan zaniesie do auta, i się napijemy. Będzie się nam lepiej rozmawiać, a na pewno mnie – zapewniał Johnson. Posłuchałem.
– Czy pije pan z lodem?
– Tak, bardzo proszę.
Johnson nalał mi i stuknął swoją szklanką o moją, mówiąc: „Na zdrowia!”. Poprawiłem go: „Na zdrowie!”. Johnson przytaknął. Wtedy weszła pani Johnson i powiedziała, że traktowali Kasię jak własną córkę. Przerwałem pani Johnson, że wiem, że Kasia okazała się niewdzięczna, okradła ich i uciekła. Wtrącił się pan Johnson:
– Nie, nie okradła – powiedział bardzo stanowczo. Zgłupiałem:
– Posądziliście niewinną kobietę o kradzież?!
– Ależ nie! Nie chcemy jej skrzywdzić – powiedzieli jednogłośnie.
Wtedy poprosiłem jeszcze raz whiskey tylko z mniejszą ilością lodu.
– Nic mi się tu nie klei! Zacznijmy od początku i umówmy się, że jestem prywatnie, ale nie chcę słyszeć o przekręcie na pół miliona.
– Jest późno, to proszę dać nam się wypowiedzieć. Kasia to jak nasza córka – zaczęła pani Johnson. Postanowiliśmy jej pomóc. – Pomyślałem: „Zajebiście – wsadzić ją do pierdla”, ale pani Johnson kontynuowała, a stary Johnson słuchając uważnie kiwał głową. – Detektywie, Kasia przyjechała do Ameryki, żeby zarobić pieniądze na leczenie chorego dziecka, Pawełka, syna jej siostry Grażynki, która jest w Polsce. Pawełek cierpi na rzadką chorobę i lecznie jest kosztowne. Lekarze w Niemczech podejmą się operacji i leczenia, które będzie kosztować około 250 tys. euro.
– A próbowaliście przez jakąś organizację?
– Tak. Bez skutku. Ale to opowieść na inny dzień. Jutro wpłyną pieniądze na nasze konto z firmy ubezpieczeniowej. Natychmiast przelejemy pieniądze na konto Deutsche Bank i zaczniemy leczyć Pawełka.
– Gdzie jest teraz Kasia? – zapytałem.
– W Lake Geneva. Mamy tam mieszkanie. To walka z czasem. Po przelewie jedziemy z Kasią do Kanady i potem samolotem do Monachium. Z Monachium po operacji wszyscy wrócą do Polski. Pomoże nam pan?
– Jak? Przecież Jacek mi zapłacił.
– Nim niech się pan nie przejmuje! Dość się nachapał na tych polskich kobietach.
– Zadzwońcie do Kasi!
– Teraz? – zapytał Johnson (była 12:30 w nocy).
– Tak. Teraz – potwierdziłem stanowczo.
Kasia od razu odebrała.
– Pani Kasia?
– Tak.
Przedstawiłem się. Zapytałem o całą sytuację. Kasia wszystko potwierdziła, więc Johnsonowie nie kłamali. Chcieli ratować chore polskie dziecko. Wedlug prawa, wiedząc o wszystkim, powinienem ich zgłosić. W końcu po to mam tę oznakę! Ale jak? Znów się wpakowałem!!!
Nazajutrz zazwonił Jacek:
– Ma pan coś, panie Marku?
– Tak. Namierzamy ją. Współpracuję z policyjnym detektywem Bobem.
– Dobierzecie się jej do tyłka? Prawda?
– O, tak! Proszę być cierpliwym!
– Panie Marku, jest pan wielki! Dziękuję!
Po dwóch dniach dostałem SMS od Johnsonów: „Serdeczne pozdrowienia z Kanady”. Zadzwoniłem:
– Co dalej, panie Johnson?
– Daję Kasię.
– Halo, panie Marku, jutro lecę do Niemiec niemieckimi liniami. Wszyscy już tam są. Pawełka przygotowują do operacji. Aniołowie – Johnsonowie wracają do Chicago.
– Pani Kasiu, czy może pani zadzwonić do mnie z hotelu teraz. Bardzo ważne.
Kasia odpowiedziała:
– Już dzwonię i jutro przed wylotem drugi raz.
– Okay.
Kiedy sprawdziłem, że samolot z Montrealu wylądował w Monachium, zadzwoniłem do detektywa Boba:
– Mamy ją!!! Jest w Kanadzie. Aresztujcie ją!
Bob wolał sprawdzić sam, a ja w tym czasie zadzwoniłem do klienta Jacka z wiadomością, że mamy ją że aktualnie ukrywa się w Kanadzie w hotelu, że wszystkie służby są powiadomione – – Super! – zakrzyknął Jacek. – Czułem, że pan ją namierzy. Musimy się spotkać i wyrównać za usługę.
– Nie, nie, panie Jacku, jesteśmy rozliczeni.
Zaskoczony Jacek:
– Na pewno?
– Tak, na pewno.
– Panie Marku, to ja dziękuję i będę pana polecał.
Po dwóch dniach zadzwonił Bob, detektyw chicagowskiej policji:
– Gratuluję, Marek, dobry jesteś! Ona tam była!
– A co, nie jest?
– Nie, powiedziała na front desk, że gdyby ktoś dzwonił, to poszła odprowadzić Aniołów i nie wie, kiedy wróci, ale się nie martw – ICE ją złapie albo ona kogoś w Kanadzie okradnie, ale to nie jest już nasz problem.
Po miesiącu zadzwonił Johnson z wiadomością, że operacja się udała i że wszyscy są już w Polsce.
– Z innych wiadomości – to mam pysznego burbona i zapraszam na drinka!
– Dziękuję, ale nie skorzystam.
– Ale dlaczego?
– Bo diabeł nie pije z aniołami.
P.S. Imiona bohaterów i niektóre okoliczności, mogące ich zidentyfikować, zostały zmienione.
Dalsza część artykułu dostępna po zakupie prenumeraty lub tego numeru.

Polski magazyn kryminalno-reportażowy tworzony w Chicago.
Prawdziwe historie • Reportaże • Kryminały • Chicago Noir
Z Archiwum Polonijnego Detektywa
Chicago, Illinois
(847) 274-0099
E-mail: redakcja@zarchiwumpolonijnegodetektywa.com
© 2026 Z Archiwum Polonijnego Detektywa. Wszelkie prawa zastrzeżone.