Chicago zna wielu oszustów. Miasto widziało gangsterów, fałszerzy, ludzi mafii i eleganckich naciągaczy, którzy potrafili ukraść fortunę, nie wyciągając nawet broni z kieszeni. Jednak historia Jana R. — Polaka, który przez lata uwodził starsze kobiety, przedstawiając się jako człowiek Hollywood — do dziś budzi emocje wśród śledczych i polonijnej społeczności.
Bo jego bronią nie był pistolet. Były nią słowa. I samotność jego ofiar.
Zaczynał od uśmiechu
i drogich perfum

Miał około sześćdziesięciu lat, nienaganne maniery i charakterystyczny europejski akcent, który dla wielu kobiet brzmiał egzotycznie i elegancko. Potrafił godzinami opowiadać o Kalifornii, przyjęciach w Beverly Hills i znajomościach z ludźmi kina.
Twierdził, że znał producentów filmowych, bywał na planach zdjęciowych i pomagał organizować wydarzenia dla celebrytów. W jego opowieściach pojawiały się nazwiska znanych aktorów, luksusowe hotele i prywatne przyjęcia, na które — jak mówił — „zwykli ludzie nie mają wstępu”.
Starsze kobiety słuchały go z zachwytem.
Wielu osobom wydawał się człowiekiem sukcesu. Nosił dobrze skrojone marynarki, drogie zegarki i zawsze pachniał luksusowymi perfumami. Potrafił zachowywać się jak dżentelmen starej szkoły — otwierał drzwi, przynosił kwiaty, całował w rękę.
I właśnie dlatego był tak niebezpieczny.
Nie przypominał bowiem człowieka, którego należałoby się obawiać. Nie był agresywny, nachalny ani wulgarny. Wręcz przeciwnie — wzbudzał zaufanie niemal od pierwszych minut rozmowy. Potrafił słuchać, zapamiętywał drobne szczegóły z życia kobiet, dopytywał o rodzinę, zdrowie, wspomnienia z młodości. Wiele z nich po latach mówiło, że przy nim znowu czuły się zauważone.
Jedna z kobiet wspominała później, że już po pierwszym spotkaniu miała wrażenie, jakby znała go od lat.
— On mówił spokojnie, patrzył prosto w oczy i sprawiał, że człowiek czuł się wyjątkowy. W dzisiejszych czasach mało który mężczyzna zachowuje się w ten sposób — opowiadała.
Uwielbiał eleganckie restauracje i miejsca, które robiły wrażenie. Nawet jeśli zamawiał tylko kawę, zachowywał się tak, jakby był stałym gościem najdroższych lokali Chicago. Kelnerów traktował po imieniu, zostawiał napiwki i opowiadał historie o spotkaniach z ludźmi „z branży”.
Twierdził, że wiele lat spędził między Chicago a Los Angeles. Raz mówił o inwestycjach filmowych, innym razem o organizacji prywatnych pokazów dla celebrytów. Potrafił godzinami snuć opowieści o luksusowych willach w Kalifornii, czerwonych dywanach i nocnych rozmowach z gwiazdami kina przy drinkach kosztujących więcej niż tygodniowa pensja przeciętnego człowieka.
Niektóre kobiety wierzyły mu bezgranicznie.
Inne miały wątpliwości, ale szybko je odrzucały, bo Jan R. zawsze miał gotową odpowiedź. Gdy ktoś pytał o szczegóły, uśmiechał się tajemniczo i mówił, że w świecie wielkich pieniędzy oraz znanych nazwisk „dyskrecja jest wszystkim”.
Przez długi czas wszystko uchodziło mu płazem.
Aż do momentu, gdy jedna z kobiet zaczęła rozumieć, że została oszukana.
Była wdową mieszkającą na północno-zachodnich przedmieściach Chicago. Poznała Jana R. podczas polonijnego wydarzenia charytatywnego. Przez kilka miesięcy dzwonił do niej niemal codziennie, przynosił kwiaty i opowiadał o wspólnej przyszłości. Kobieta była przekonana, że po latach samotności spotkała wreszcie człowieka, któremu może zaufać.
Potem zaczęły znikać pieniądze.
Najpierw niewielkie kwoty — rzekomo na przejściowe problemy z kontem bankowym. Później większe sumy związane z „okazją inwestycyjną” przy produkcji filmu dokumentalnego.
Kiedy poprosiła o zwrot pieniędzy, Jan R. zaczął unikać kontaktu. Nie odbierał telefonów. Nie oddzwaniał. Coraz częściej znikał na kilka dni, tłumacząc się wyjazdami do Kalifornii.
W końcu kobieta zrozumiała, że prawdopodobnie padła ofiarą oszusta.
Początkowo nie chciała zgłaszać sprawy policji. Wstydziła się reakcji rodziny i znajomych. Bała się, że wszyscy uznają ją za naiwną starszą kobietę, którą łatwo było zmanipulować.
Zdecydowała się jednak na inny krok.
Skontaktowała się z prywatnym detektywem z Chicago, który wcześniej pomagał w sprawach oszustw finansowych i wyłudzeń. To właśnie wtedy cała historia zaczęła się rozpadać.
Detektyw szybko odkrył, że podobnych kobiet może być znacznie więcej. Nazwisko Jana R. zaczęło pojawiać się w kolejnych rozmowach, a schemat działania powtarzał się niemal identycznie.
Romantyczna relacja. Obietnice. Historie o Hollywood. I pieniądze, które znikały bez śladu.
Wybierał kobiety samotne
Śledczy, którzy później analizowali jego działalność, zauważyli pewien schemat.
Nigdy nie wybierał przypadkowych ofiar.
Najczęściej były to wdowy albo kobiety po rozwodach. Wiele z nich mieszkało samotnie na przedmieściach Chicago — w Arlington Heights, Norridge, Schaumburgu czy okolicach Des Plaines. Niektóre miały niewielkie oszczędności, inne posiadały domy spłacone po latach ciężkiej pracy. Były też takie, które przez całe życie ciężko pracowały w sklepach, restauracjach czy biurach, odkładając pieniądze „na spokojną starość”.
Łączyło je jedno. Samotność.
Jan R. doskonale wiedział, jak ją wykorzystać.
Nie szukał kobiet pewnych siebie, otoczonych rodziną i aktywnym życiem towarzyskim. Interesowały go te, które po latach małżeństwa zostały same. Kobiety, które miały już dorosłe dzieci, rzadko wychodziły z domu i coraz częściej wieczory spędzały w ciszy, oglądając telewizję albo wspominając dawne czasy.
Potrafił rozpoznać je niemal natychmiast.
Wiedział, która z kobiet przyszła na zabawę tylko po to, żeby na chwilę nie siedzieć samotnie w mieszkaniu. Która z nich potrzebowała zwykłej rozmowy, zainteresowania i kilku ciepłych słów.
I właśnie od tego zaczynał.
Poznawał kobiety podczas polonijnych zabaw, bankietów, dancingów dla seniorów albo przez znajomych. Czasem pojawiał się nawet w kościołach czy na wydarzeniach charytatywnych organizowanych przez Polonię. Bywał wszędzie tam, gdzie można było spotkać ludzi spragnionych kontaktu i zwykłej ludzkiej bliskości.
Nigdy się nie spieszył. Najpierw zdobywał zaufanie. Potem zaczynał budować emocjonalną więź.
Dzwonił wieczorami „tylko zapytać, jak minął dzień”. Przynosił kawę, gdy kobieta była chora. Oferował pomoc przy drobnych sprawach — naprawie zamka, zawiezieniu samochodu do warsztatu czy zakupach. Z czasem stawał się częścią codzienności swoich ofiar.
To właśnie było najbardziej przerażające.
Nie działał jak zwykły oszust, który próbuje szybko wyciągnąć pieniądze i zniknąć. Jan R. inwestował czas. Potrafił przez wiele miesięcy budować relację, zanim po raz pierwszy wspomniał o problemach finansowych.
Jedna z kobiet opowiadała później, że przez długi czas nie wydarzyło się nic, co mogłoby wzbudzić jej podejrzenia.
— On nawet nie próbował ode mnie niczego pożyczać. Najpierw chciał, żebym mu zaufała. Mówił, że przy mnie wreszcie czuje spokój. Że ma dość fałszywych ludzi i kobiet lecących na pieniądze. Dzisiaj wiem, że dokładnie to samo mówił innym — wspominała.
Jan R. doskonale rozumiał psychologię swoich ofiar.
Wiedział, że starsze kobiety często nie szukają wielkiej miłości rodem z filmu. Szukają obecności drugiego człowieka. Kogoś, kto zadzwoni rano i zapyta, czy wszystko w porządku. Kogoś, kto usiądzie obok podczas kolacji. On dawał im właśnie tę iluzję. Iluzję bezpieczeństwa, zainteresowania i uczucia.
A kiedy kobieta zaczynała wierzyć, że nie jest już sama — wtedy rozpoczynał kolejny etap swojej gry.
„Mówił, że Sharon Stone
jadła z nim kolację”
Jedna z kobiet, która zgodziła się po latach porozmawiać anonimowo z dziennikarzem naszego magazynu, wspominała go niemal jak filmową postać.
— Potrafił opowiadać godzinami. Mówił, że był na imprezach z aktorami, że zna producentów z Los Angeles. Twierdził nawet, że Sharon Stone jadła z nim kolację podczas jednego z festiwali — opowiadała kobieta.
Według jej relacji Jan R. mówił o Hollywood z niezwykłą swobodą. Nie brzmiał jak człowiek, który zna ten świat z gazet czy telewizji. Opowiadał szczegóły — nazwy restauracji, prywatnych klubów, hoteli i wydarzeń branżowych. Potrafił opisywać wnętrza luksusowych apartamentów w Beverly Hills, rozmowy przy stolikach pełnych producentów i nocne przyjęcia organizowane po premierach filmowych.
Czasami sprawiał wrażenie człowieka zmęczonego wielkim światem.
Mówił, że „w Hollywood wszyscy są fałszywi”, że ma dość ludzi, którzy liczą tylko pieniądze i sławę. Twierdził, że właśnie dlatego bardziej ceni zwykłe, spokojne kobiety z Chicago.
To działało.
Ofiary miały poczucie, że oto człowiek obracający się w świecie gwiazd wybrał właśnie je — skromne, często samotne kobiety z polonijnego środowiska.
Inna kobieta wspominała, że Jan R. pokazywał zdjęcia z luksusowych hoteli i restauracji. Na części fotografii rzeczywiście znajdowali się znani ludzie — problem polegał jednak na tym, że większość zdjęć była wykonana podczas publicznych wydarzeń, gdzie każdy mógł podejść i zrobić sobie fotografię.
Na jednym ze zdjęć stał kilka metrów od znanego aktora podczas premiery filmu.
Na innym uśmiechał się w hotelowym lobby, gdzie wcześniej odbywało się wydarzenie branżowe.
Dla wielu osób mogły to być zwykłe pamiątki z przypadkowych spotkań. Jan R. potrafił jednak zamienić je w dowód swojej rzekomej pozycji.
— On pokazywał te zdjęcia bardzo sprytnie. Nigdy wprost się nie chwalił. Raczej mówił coś w rodzaju: „Ach, to stare czasy, kiedy jeszcze bywałem w Los Angeles”. Człowiek sam zaczynał wierzyć, że ma przed sobą kogoś ważnego — wspominała jedna z pokrzywdzonych kobiet.
Miał także niezwykły talent do mieszania prawdy z fikcją.
Część historii była prawdopodobnie oparta na autentycznych wydarzeniach — krótkich wyjazdach, przypadkowych spotkaniach czy uczestnictwie w otwartych imprezach. Problem polegał na tym, że Jan R. każdą z tych sytuacji rozbudowywał do rozmiarów wielkiej znajomości.
Jeśli raz podał komuś rękę podczas bankietu — później opowiadał, że „znają się od lat”.
Jeśli zrobił zdjęcie w hotelu, gdzie zatrzymała się gwiazda kina — przedstawiał to jako prywatne spotkanie.
Granica między rzeczywistością a fantazją zaczynała się zacierać.
A jego słuchaczki coraz bardziej wciągały się w ten świat.
Dla samotnych kobiet nie miało to jednak większego znaczenia. Liczyło się wrażenie.
Liczyło się to, że elegancki mężczyzna z klasą siedział naprzeciwko nich przy kolacji i mówił, że spośród wszystkich kobiet właśnie one są „inne niż reszta”.
Jan R. doskonale rozumiał siłę takich słów.
Wiedział, że większość jego ofiar nie marzyła o pieniądzach czy życiu celebrytów. Marzyły o tym, by jeszcze raz poczuć się wyjątkowo.
I właśnie to im sprzedawał. Nie luksus . Nie Hollywood. Ale iluzję wyjątkowości.
A Jan R. był mistrzem tworzenia iluzji.
Pieniądze pojawiały się później
Mechanizm oszustwa był niemal zawsze taki sam.
Najpierw romantyczna relacja.
Telefony późnym wieczorem. Kwiaty. Komplementy. Wspólne kolacje. Opowieści o przyszłości.
A potem nagle pojawiał się problem.
Zawsze niespodziewany. Zawsze dramatyczny. I niemal zawsze przedstawiany w taki sposób, by kobieta miała poczucie, że tylko ona może mu pomóc.
Raz miał to być zablokowany przelew z Kalifornii. Innym razem inwestycja filmowa, która miała przynieść ogromny zysk, ale potrzebowała „chwilowego wsparcia finansowego”. Czasem mówił o kosztownej operacji znajomego aktora albo o problemach z bankiem.
Potrafił budować napięcie jak zawodowy aktor.
Najpierw stawał się zamyślony i cichy. Mówił, że nie chce nikogo obciążać swoimi problemami. Powtarzał, że całe życie radził sobie sam i nigdy nikogo nie prosił o pomoc.
To kobiety same zaczynały pytać, co się stało. I właśnie na to czekał. Wtedy zaczynał swoją opowieść.
Czasami mówił, że jego pieniądze są „chwilowo zamrożone” przez problemy podatkowe związane z kontraktem filmowym. Innym razem tłumaczył, że bank w Los Angeles zablokował przelew po śmierci wspólnika. Potrafił też opowiadać o milionerach z Hollywood, którzy są mu winni pieniądze, ale „wielki biznes rządzi się swoimi prawami”.
Brzmiało to absurdalnie. Ale wypowiadane spokojnym głosem, przy eleganckiej kolacji i lampce wina, zaczynało wydawać się wiarygodne.
Kwoty początkowo były niewielkie. Pięćset dolarów. Tysiąc. Później dwa tysiące.
Nigdy nie zaczynał od dużych sum.
Detektywi, którzy później analizowali sprawę, byli przekonani, że robił to celowo. Wiedział, że pierwsza pożyczka ma przede wszystkim przełamać psychologiczną barierę.
Kiedy kobieta pomagała pierwszy raz, kolejne prośby przychodziły łatwiej.
Bo skoro ktoś pożyczył już tysiąc dolarów, znacznie trudniej było mu później przyznać przed samym sobą, że został oszukany.
Jan R. umiejętnie to wykorzystywał.
Po otrzymaniu pieniędzy często oddawał część długu albo kupował drogie prezenty, by sprawiać wrażenie uczciwego człowieka przechodzącego jedynie chwilowe problemy. Potrafił przynieść perfumy, biżuterię albo zabrać kobietę do eleganckiej restauracji, gdzie rachunek wynosił kilkaset dolarów.
Ofiary miały wtedy poczucie, że przecież „oszust tak by się nie zachowywał”. Nie rozumiały, że te wydatki były częścią większej gry.
Jedna z kobiet wspominała później, że pożyczyła mu najpierw 800 dolarów, bo było jej go zwyczajnie szkoda.
— Powiedział, że jest mu strasznie wstyd. Że odda wszystko za kilka dni, kiedy przyjdzie przelew z Kalifornii. Wyglądał wtedy na załamanego. Myślałam, że pomagam człowiekowi, którego kocham — opowiadała.
Kilka tygodni później przekazała mu już kilka tysięcy dolarów.
Inna kobieta twierdziła, że Jan R. obiecywał wspólne życie i mówił o zakupie domu na Florydzie, gdzie mieli spędzić emeryturę. Pokazywał zdjęcia luksusowych nieruchomości i snuł wizje spokojnego życia z dala od chicagońskich zim.
W rzeczywistości był to jedynie kolejny element manipulacji.
Im bardziej kobieta wierzyła we wspólną przyszłość, tym łatwiej było jej usprawiedliwiać kolejne pożyczki.
Niektóre ofiary zaczynały nawet same proponować pomoc finansową, zanim jeszcze zdążył o nią poprosić.
I właśnie wtedy Jan R. wiedział, że całkowicie przejął kontrolę nad sytuacją.
Obiecywał śluby i wspólne życie
Najbardziej dramatyczne były jednak historie kobiet, którym obiecywał małżeństwo.
Według byłego detektywa z północno-zachodnich przedmieść Chicago, który miał kontakt z jedną ze spraw, Jan R. potrafił miesiącami utrzymywać emocjonalną manipulację.
— On nie wyglądał jak typowy oszust. Nie był agresywny, nie wzbudzał strachu. Wręcz przeciwnie. Kobiety czuły się przy nim wyjątkowo. To właśnie było jego największą siłą — mówił emerytowany śledczy.
Jedna z ofiar sprzedała nawet część rodzinnej biżuterii, by „pomóc ukochanemu” w rzekomej inwestycji związanej z produkcją filmu dokumentalnego.
Film oczywiście nigdy nie powstał. Pieniądze zniknęły. A Jan R. przestał odbierać telefony. Żył jednocześnie z kilkoma kobietami
Najbardziej szokujące odkrycie nastąpiło jednak dopiero wtedy, gdy kilka kobiet zaczęło ze sobą rozmawiać.
Okazało się, że wiele z nich otrzymywało identyczne historie.
Te same opowieści o Hollywood.Te same dramatyczne problemy finansowe. Te same obietnice wspólnego życia.
W pewnym momencie wyszło na jaw, że Jan R. prowadził równolegle kilka relacji jednocześnie. Potrafił jednego dnia zjeść obiad z jedną kobietą, wieczorem odwiedzić drugą, a następnego dnia wysyłać romantyczne wiadomości do kolejnej.
Niektóre ofiary mieszkały zaledwie kilka mil od siebie. Nie miały o sobie pojęcia.
„Nie chciały wierzyć, że zostały oszukane”
Detektywi podkreślają, że w tego typu sprawach największym problemem często nie jest sam brak dowodów.
Problemem bywa wstyd.
Wiele kobiet bardzo długo nie zgłaszało sprawy policji. Niektóre tłumaczyły oszusta nawet wtedy, gdy rodzina próbowała je ostrzec. Bywało, że córki i synowie widzieli niepokojące sygnały dużo wcześniej — nagłe wypłaty pieniędzy, tajemnicze przelewy albo coraz bardziej nierealne historie o Hollywood i wielkich inwestycjach.
Jednak kiedy próbowali interweniować, często słyszeli to samo:
„Nie znacie go tak jak ja”. „On naprawdę ma problemy”. „Odda pieniądze”.
Jan R. potrafił sprawić, że ofiary zaczynały bronić go nawet przed własną rodziną.
To właśnie najbardziej szokowało śledczych.
— Ofiary takich ludzi często są emocjonalnie uzależnione. One nie chcą uwierzyć, że ktoś wykorzystał ich uczucia — tłumaczył psycholog współpracujący kiedyś z ofiarami oszustw matrymonialnych w Illinois.
Według specjalistów mechanizm działania takich manipulatorów przypomina często psychologiczną kontrolę stosowaną w toksycznych relacjach. Oszust stopniowo buduje emocjonalną zależność, aż ofiara zaczyna bardziej ufać jemu niż własnej intuicji czy ostrzeżeniom bliskich.
W przypadku Jana R. ogromną rolę odgrywała także samotność kobiet.
Dla wielu z nich był pierwszym człowiekiem od lat, który codziennie dzwonił, pytał o samopoczucie i sprawiał wrażenie zainteresowanego ich życiem. Niektóre ofiary przyznawały później, że nawet kiedy zaczynały podejrzewać oszustwo, bały się zerwać kontakt.
Bały się ponownej ciszy.
Jedna z kobiet powiedziała prywatnemu detektywowi coś, co szczególnie zapadło mu w pamięć.
— Nawet jeśli mnie oszukał… to przez chwilę znowu czułam się komuś potrzebna.
To zdanie najlepiej pokazywało skalę emocjonalnych zniszczeń, jakie zostawiał po sobie Jan R.
Dla części kobiet przyznanie się do prawdy oznaczało nie tylko stratę pieniędzy.
Oznaczało także utratę marzeń. Marzeń o późnej miłości. O wspólnej starości. O kimś, kto po latach samotności miał znowu siedzieć obok przy stole.
Niektóre kobiety po odkryciu prawdy popadały w depresję. Inne całkowicie zamykały się przed ludźmi. Zdarzało się również, że przez długi czas ukrywały całą historię nawet przed najbliższą rodziną.
Wstyd był często silniejszy niż potrzeba sprawiedliwości.
Bo dla wielu ofiar największym bólem nie była utrata kilku czy kilkunastu tysięcy dolarów.
Najbardziej bolało to, że człowiek, któremu ufały, nigdy naprawdę ich nie kochał.
Że wszystkie romantyczne słowa, wspólne kolacje i obietnice przyszłości były jedynie elementem starannie przygotowanej manipulacji.
Prywatny detektyw prowadzący sprawę mówił później, że właśnie dlatego takie oszustwa są wyjątkowo okrutne.
— Pieniądze można czasem odzyskać. Ale poczucia upokorzenia i utraconego zaufania do ludzi wiele kobiet nie potrafiło odbudować już nigdy.
Hollywood było tylko dekoracją
Śledczy z czasem ustalili, że Jan R. nigdy nie był częścią hollywoodzkiego świata.
Nie miał kontaktów producenckich. Nie organizował żadnych wielkich wydarzeń. Nie był człowiekiem filmu, celebrytą ani wpływowym biznesmenem obracającym się wśród gwiazd.
W rzeczywistości przez lata wykonywał dorywcze prace i często zmieniał miejsca zamieszkania. Raz wynajmował niewielkie mieszkanie na północno-zachodnich przedmieściach Chicago, innym razem znikał na kilka tygodni, tłumacząc wszystkim „wyjazdy służbowe do Kalifornii”.
Luksus, którym imponował kobietom, był w dużej mierze finansowany właśnie przez kolejne ofiary.
Samochody bywały wynajmowane. Marynarki kupowane na pokaz. Historie — wymyślane.
Prywatny detektyw prowadzący sprawę wspominał później, że im głębiej analizował życie Jana R., tym bardziej widział człowieka żyjącego niemal wyłącznie iluzją.
— On stworzył własną postać. Każdy szczegół był częścią spektaklu. Sposób mówienia, perfumy, zegarki, restauracje. Nawet to, jak trzymał kieliszek wina — opowiadał śledczy.
Według ustaleń detektywa Jan R. potrafił przez kilka dni żyć bardzo wystawnie, wydając pieniądze pochodzące od jednej kobiety, tylko po to, by później wykorzystać ten luksus do zdobycia kolejnej ofiary.
Zabierał kobiety do drogich restauracji, gdzie zamawiał ekskluzywne alkohole i zachowywał się tak, jakby był stałym klientem. W rzeczywistości rachunki często opłacał pieniędzmi pożyczonymi dzień wcześniej od innej pokrzywdzonej.
Tworzył wrażenie człowieka sukcesu. I właśnie to wrażenie było fundamentem całego oszustwa.
Śledczy odkryli również, że wiele historii o Hollywood było opartych na drobnych półprawdach. Jan R. rzeczywiście kilka razy pojawił się na otwartych wydarzeniach branżowych w Kalifornii. Potrafił zdobywać wejściówki na publiczne bankiety czy premiery, gdzie robił sobie zdjęcia w otoczeniu znanych ludzi.
Potem wracał do Chicago i przedstawiał te fotografie jako dowód wieloletnich znajomości. Jedna z kobiet była przekonana, że jej partner ma wpływy w świecie kina, ponieważ pokazał jej zdjęcie z aktorem znanym z hollywoodzkich produkcji.
Dopiero później okazało się, że fotografia została wykonana podczas otwartego wydarzenia charytatywnego, gdzie setki osób robiły sobie podobne zdjęcia. Ale Jan R. doskonale rozumiał jedną rzecz.
Ludzie często wierzą nie w fakty, lecz w emocje.
A on potrafił te emocje sprzedawać lepiej niż niejeden zawodowy aktor.
Z czasem detektywi odkryli także, że wiele elementów jego wizerunku było zwyczajnie sztucznych. Drogie zegarki okazywały się tanimi podróbkami. Część eleganckich ubrań pochodziła z outletów albo komisów. Bywało nawet, że luksusowe auta wypożyczał tylko na weekendy, kiedy planował spotkania z kobietami.
Jednak dla jego ofiar wszystko wydawało się prawdziwe. Bo chciały wierzyć.
Chciały wierzyć, że w ich życiu pojawił się ktoś wyjątkowy. Ktoś, kto wyrwie je z codziennej samotności i zabierze do świata luksusu, elegancji i wielkich historii.
Jan R. dawał im właśnie tę fantazję.
Fantazję o późnej miłości i życiu piękniejszym niż codzienność.
I przez długi czas robił to na tyle skutecznie, że niemal nikt nie zadawał pytań.
Uwodziciele nowej ery
Dziś policja i prywatni detektywi podkreślają, że podobne oszustwa są coraz częstsze. Zmieniły się jedynie narzędzia.
Kiedyś były dancingi i spotkania polonijne. Dziś są portale randkowe, Facebook i komunikatory internetowe. Schemat pozostaje jednak niemal identyczny:
najpierw emocje, potem zaufanie, a na końcu pieniądze.
Według śledczych współczesnym oszustom jest nawet łatwiej niż dawniej. Internet pozwala stworzyć nową tożsamość w ciągu kilku minut. Wystarczy kilka eleganckich zdjęć, dobrze napisany profil i umiejętność prowadzenia rozmowy.
Resztę wykonuje psychologia.
Prywatni detektywi z rejonu Chicago przyznają, że coraz częściej spotykają się ze sprawami osób starszych, które przez miesiące prowadzą internetowe relacje z ludźmi podającymi się za lekarzy, producentów filmowych, wojskowych czy biznesmenów pracujących za granicą.
Historie bywają różne. Mechanizm zawsze podobny. Najpierw codzienne wiadomości. Potem rozmowy telefoniczne. Następnie emocjonalna bliskość.
A później pojawia się dramatyczny problem wymagający pieniędzy.
Jedni proszą o pomoc po rzekomym wypadku.
Inni twierdzą, że utknęli za granicą albo mają zablokowane konto bankowe.
Jeszcze inni — podobnie jak Jan R. — budują wokół siebie aurę luksusu i wpływów, przekonując ofiary, że mają do czynienia z człowiekiem sukcesu.
Śledczy podkreślają, że ofiarami takich oszustw padają nie tylko osoby naiwne czy łatwowierne.
Często są to ludzie inteligentni, doświadczeni życiowo, którzy po prostu znaleźli się w trudnym emocjonalnie momencie.
Po rozwodzie. Po śmierci współmałżonka. Po latach samotności.
— Samotność zmienia sposób myślenia człowieka. Kiedy ktoś przez długi czas nie ma obok siebie bliskiej osoby, zaczyna ignorować sygnały ostrzegawcze, których normalnie nigdy by nie zlekceważył — tłumaczył jeden z emerytowanych detektywów pracujących kiedyś przy podobnych sprawach.
W przypadku Jana R. wszystko odbywało się jeszcze w świecie realnych spotkań, restauracji i telefonów stacjonarnych.
Dziś podobni manipulatorzy działają znacznie ostrożniej.
Potrafią przez wiele miesięcy prowadzić rozmowy wyłącznie online. Używają fałszywych zdjęć, kradzionych tożsamości i numerów telefonów rejestrowanych na fikcyjne dane. Część z nich pracuje nawet w grupach, gdzie jedna osoba buduje relację emocjonalną, a druga zajmuje się wyłudzaniem pieniędzy.
Eksperci przyznają, że dla wielu ofiar najtrudniejszy moment następuje dopiero wtedy, gdy orientują się, że cała relacja była od początku zaplanowaną manipulacją.
W jednej chwili rozpada się nie tylko iluzja miłości.
Rozpada się także poczucie bezpieczeństwa i wiara w ludzi.
Samotność nadal pozostaje najgroźniejszą bronią oszustów
Historia Jana R. jest czymś więcej niż opowieścią o zwykłym naciągaczu.
To historia ludzi, którzy szukali bliskości.
Kobiet, które po latach samotności chciały jeszcze raz poczuć się ważne, kochane i potrzebne.
I człowieka, który potrafił zamienić te emocje w źródło dochodu.
Do dziś część osób z polonijnego środowiska twierdzi, że podobni uwodziciele nadal działają w Chicago — tylko bardziej ostrożnie, bardziej nowocześnie i znacznie trudniej ich zdemaskować.
Nie pojawiają się już tak często na dancingach dla seniorów czy polonijnych bankietach. Zamiast tego wysyłają wiadomości przez internet. Budują relacje przez tygodnie i miesiące.
Uważnie obserwują swoje ofiary, poznają ich problemy, lęki i marzenia.
A potem wykorzystują tę wiedzę przeciwko nim.
Były detektyw z Chicago, który przez lata zajmował się oszustwami finansowymi, powiedział kiedyś, że najbardziej niebezpieczni przestępcy to nie ci, którzy budzą strach.
Najgroźniejsi są ci, którzy potrafią wzbudzić zaufanie. Jan R. właśnie taki był. Nie używał przemocy. Nie groził. Nie włamywał się do domów. Wystarczył mu uśmiech, elegancka marynarka i umiejętność mówienia ludziom dokładnie tego, co chcieli usłyszeć.
Być może dlatego tak długo pozostawał bezkarny. Bo jego ofiary do samego końca nie chciały wierzyć, że człowiek, który codziennie mówił o miłości i wspólnej przyszłości, od początku traktował je jedynie jak źródło pieniędzy.
Bo najlepsi oszuści nie kradną pieniędzy od razu.
Najpierw kradną zaufanie.
P.S. Imiona bohaterów i niektóre okoliczności, mogące ich zidentyfikować, zostały zmienione.
Dalsza część artykułu dostępna po zakupie prenumeraty lub tego numeru.